Minęło kilka dni od startu

Minęło kilka dni od startu. Jest mi bardzo smutno. Nie ma mowy o usprawiedliwianiu. Nie udało mi się awansować do mojego czwartego finału olimpijskiego.

Moja przegrana to przede wszystkim mój samotny ból. Oczywiście przez lata startowałam dla kraju, dla kibiców, których bardzo szanuję i zawsze staram się być dla nich, ale sportowiec zawsze na końcu zostaje sam ze swoją porażką.

Wiem, że walczyłam do końca i nie chodzi tylko o start, ale o cały czas przygotowań do startu na Igrzyskach. Rozpoczęłam je jesienią ubiegłego roku. To był prawdopodobnie najciężej przepracowany okres przygotowawczy w mojej karierze. Do końca wierzyłam, że uda się odzyskać formę z 2009 roku, a jednak nie wyszło. Dlaczego? Odpowiedzi jest pewnie kilka. Może moja kontuzjowana w 2010 lewa, odbijająca stopa po prostu nie wróciła do dawnej sprawności?

Skok o tyczce, to konkurencja ekstremalna, może z wiekiem strach przed bolesnym i niebezpiecznym upadkiem jest coraz większy?

Myślę jednak, że po prostu coś się w człowieku kończy, wyczerpują się pokłady energii fizycznej i psychicznej i trzeba umieć się z tym pogodzić.

Jednak dzisiaj tutaj w Londynie nie podejmę ostatecznej decyzji o zakończeniu kariery. Nie na gorąco. Potrzebuje kilku miesięcy i sprawdzenia jak zareaguje mój organizm na brak codziennej rutyny, wysiłku, adrenaliny.

Sport jest cudowny. Czas spędzony na skoczni to piękny okres w moim życiu ale wierzę, że koniec jednego może być wspaniałym początkiem czegoś nowego.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali!
Trwa ładowanie komentarzy...